środa, 13 marca 2024

My Kaliszczakowie Z Ukrainy pochodzimy od czterech pokoleń

My Kaliszczakowie z Ukrainy pochodzimy od czterech pokoleń. Mieszkaliśmy we wsi Pustomyty na Wołyniu, 30 kilometrów od Łucka – opowiada Zbigniew Kaliszczak. – Ja urodziłem się w kwietniu 1939 roku, więc tamte ziemie i tamten czas znam tylko z  rodzinnych opowiadań.

Kamienica przy ulicy Długiej 74 w Gdańsku. Zbigniew Kaliszczak , mistrz cukiernictwa i nauczyciel zawodu, który nadał szlify niejednemu czeladnikowi ze swojej czeladzi, współwłaściciel
  Cukierni „Kaliszczak” – przyjmuje mnie na pierwszym piętrze, gdzie działa Rodzinny Zakład Ciastkarski. Przez okno dobiega jarmarkowy gwar, bo jest to i czas Jarmarku Św. Dominika. Ktoś gra na cytrze. Przewodnik przez megafon opowiada po niemiecku dzieje miasta.

My Kaliszczkowie z Ukrainy

Pochodzimy od czterech Pokoleń

W Pustomytych moi rodzice  mieli gospodarstwo rolne. W okolicy najwięcej  mieszkało  Ukraińców, a następnie  Polacy, Żydzi, trochę Tatarów i Czechów.

W Pustomytych osiedlił się ojciec mojego dziadka ze strony ojca. Mieszkali tam  moi dziadkowie, rodzice – Antonina i Jan oraz my. Dziadkowie ze strony matki z domu Kwiatkowska – też pochodzili z Wołynia. Rodzice pracowali na siedmiohektarowym gospodarstwie rolnym, które matka dostała od swojego ojca. 

Godzi się wspomnieć, że wieś Pustomyty , usytuowana w obwodzie Równe,  to sam  matecznik Polskich Kresów, które zamieszkiwali także Rusini, Żydzi,  Tatarzy, Cyganie, Ormianie, współtworzący   przez wieki Rzeczpospolitą Narodów.

To był ten tygiel słowiańskiej obyczajowości, solidarności i słowiańskiej wielonarodowej kultury. Dominowała życzliwość, dobre sąsiedztwo. Historia tej Ziemi ze śladami polskości i obecności Państwa Polskiego sięga czasów Bolesława Chrobrego. Bez większych barier powstawały miasta i wsie, zamki obronne i małżeństwa mieszane.

 W czasie zaborów, w czasie niewoli  carat  jednak niszczył to wszystko. Bolszewizm  niszczył to wszystko . I niszczyła to wszystko polityka niemieckich okupantów.  Przez lata nienawistnej pracy udało się wreszcie obrócić te narodowości przeciwko sobie, na którym to gruncie wyrosła okropna nienawiść  Ukraińców, zmobilizowanych w oddziałach UPA, potocznie przez Polaków nazywanych bandami UPA  - przeciwko Polakom , uznając ich za największych wrogów niepodległej Ukrainy i popychając ich w tej  nienawiści do wycinania w pień wszystkiego, co Polskie.... W ruch szły cepy, widły, siekiery. Skala masowych morderstw przypominająca  płomienie szalejącego piekła nie ominęła i Pustomytych. W 1943 roku zamordowany został hr. Pruszyński i część jego rodziny i załogi. Przepiękny pałac został splądrowany, a następnie doszczętnie spalony.  Rok później los podzieliło 50  mieszkańców.    Z takiej pożogi uciekała także, wraz z innymi  rodzinami i Rodzina Zbigniewa Kaliszczaka mimo iż byli tu od czterech pokoleń. Ziemię nabyli legalnie i legalnie gospodarzyli tu na rodzinnym gospodarstwie.  Tak Ukraińcy dokonali dzieła zniszczenia  setek polskich wsi  w mateczniku Polskich Kresów, iż po setkach z nich nie ma nawet śladu. Pochowani  bezimiennie - ponad 100 000 osób, przeważnie całych rodzin, zaatakowanych   znienacka  - ciągle czekają na Pamięć i Godny Pochówek.  Ta krzywda winna być Polsce naprawiona z nawiązką czyniąc zadość temu ludobójstwu, wykraczającemu daleko poza granice moralne, poza prawo międzynarodowe  i zasady poprawnego współistnienia pomiędzy sąsiadami.

W 1937 roku urodził się Mirosław, dwa lata później  - Zbigniew. Gdy wybuchła wojna,  ojciec został powołany do 15 Pułku Ułanów Wojska Polskiego. Ryszard przyszedł na świat w czasie wojny. W Pustomytych  mieszkaliśmy do 1943 roku, a więc do czasu,  gdy Ukraińcy na rozkaz UPA zaczęli mordować Polaków. Wtedy opuściliśmy rodzinną wieś – mówi Zbigniew Kaliszczak. – Matka miała konia. Zapakowała nas na furmankę i pojechaliśmy do Łucka.

W 1945 oku , jako repatrianci, w bydlęcych wagonach wyruszyliśmy z Łucka do Polski. Jechaliśmy  przez drewniany most na Wiśle, który kołysał się wspomina Zbigniew Kaliszczak – gdy przejeżdżał po nim pociąg.

Wysiedliśmy na Mazurach. Pod Pasłękiem Dziadek znalazł dość ładne poniemieckie opuszczone  gospodarstwo: nowy, siedmiopokojowy dom, zabudowania gospodarcze, dobrze zagospodarowana ziemia – rosły ziemniaki i warzywa. Matka wiozła krowę, dojechała szczęśliwie. Gdy był jaki postój, rwała jej trawę. Na trasie cały czas było więc mleko. Jakże więc była potrzebna i w owym nowym poniemieckim gospodarstwie. Przed żniwami w lipcu dojechał Ojciec. Rodzice kupili dwa konie. Mirek chodził do Ogólniaka w Pasłęku. Jedna z nauczycielek mówiła do niego:  - Twój Ojciec jest kułakiem. Wspomina Pan Zbigniew.

Droga na swoje wiodła dalej. Po wojnie w Rodzinie Państwa Kaliszczaków  urodziło się jeszcze czworo dzieci. W 1952 roku Mirek zrobił małą maturę. W czasie wakacji Mama pojechała z nim do Siostry Książkiewiczowej, która wraz z Mężem miała lodziarnię: „ Muszelka” przy ulicy Pańskiej w Gdańsku.
Zamieszkał z Wujostwem i kontynuował naukę w Technikum Łączności i jednocześnie – w wolnym czasie pomagał także w Zakładzie. Po ukończeniu 9 klasy podjął pracę w telekomunikacji. Później poszedł do wojska.

W 1954 roku  ukończyłem 7 klasę i przyjechałem na Wybrzeże. Mieszkałem  u  Mamy Koleżanki przy ulicy Jesionowej 16 w Gdańsku Wrzeszczu – opowiada Zbigniew Kaliszczak. Uczyłem się w Zakładzie Doskonalenia Zawodowego przy ulicy Miszewskiego w Gdańsku Wrzeszczu.

Zajęcia praktyczne miałem w Cukierni Państwowej  przy ulicy Ogrodowej 
w Sopocie.

Jako piętnastolatek  wstawał o piątej rano, żeby dojechać z Gdańska Wrzeszcza do Sopotu na godzinę szóstą. Na śniadanie kupował suchą bułkę,  udało się mu z Zakładu uszczknąć  szczyptę masła, otrzymać do tego kubek mleka – i tak udało się jakoś przetrwać ten najtrudniejszy czas.

Zbigniew  Kaliszczak – już jako doświadczony  cukiernik  - został uhonorowany  m. in. Srebrną Odznaką  „Zasłużony dla Edukacji", Srebrnym i Złotym Medalem za Zasługi dla Rzemiosła Polskiego wraz z Honorową i Złotą Odznaką Izby Rzemieślniczej w Gdańsku.

Został uhonorowany także – za działalność charytatywną i sponsorską licznymi dyplomami  z wdzięcznymi słowami podziękowania od środowisk oświatowych i kombatanckich. Wśród nich jest m. in.: Odznaka „Przyjaciel Dziecka” Towarzystwa Przyjaciół Dzieci Klubu  „Neptun”, Dyplom Prezydenta Miasta Gdańska Pawła Adamowicza za wspieranie działalności  Stowarzyszenia „ Nasze  Siedlce”, liczne podziękowania od Weteranów Armii Krajowej.

Mój Rozmówca pokazuje mi album z przedwojennymi widokami Łucka, wsi wołyńskich, oraz zdjęcia Cukierni „Kaliszczak” uzupełnione  wierszami Stanisława Józefa  Zielińskiego dedykowanymi  Czcigodnemu Cukiernikowi Nestorowi.

Zacytujmy:

I powiadał do mnie nieraz

„Synu Synu Synu Mój

W życiu zaznasz

Wiele szczęścia

Jeśli znajdziesz

Zawód swój”

„ I dziś cały Gdańsk

Wie o tym

I już wiedzą

Wszystkie lata

Dzień jest smutny

Do niczego

 Gdy bez ciastka Kaliszczaka”


Ilustracje 

Archiwum Internetowe

Łuck . Wikipedia

Pustomyty. Wikipedia

Tekst, 

z niewielkimi modyfikacjami

Z albumu Zbigniewa Kaliszczaka

Opracowanie

Stanisław Józef Zieliński


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz